piątek, 10 sierpnia 2012

Orson Scott Card - Zaginione wrota

Bogowie nordyccy są w ostatnim czasie bardzo popularni. Spotykamy ich w filmach, komiksach, a także książkach. Chyba wszyscy znamy Thora i Avengersów czy też Kłamcę autorstwa Jakuba Ćwieka. Czy jednak warto tyle razy przerabiać ten sam wątek?

Tym razem po podobną tematykę sięgnął Orson Scott Card. Autor kultowej Gry Endera ma na swoim koncie kilkadziesiąt powieści, mnóstwo opowiadań, audycji, słuchowisk i tym podobnych. Zaginione wrota rozpoczynają jego najnowszą serię dla młodzieży. Czy porwie ona czytelników i odniesie wielki sukces? Raczej wątpię.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co stało się z bogami, których czcili Celtowie, Hindusi, Persowie, Słowianie i inne ludy świata? A jeśli oni wszyscy nadal żyją? Jeśli ich potomkowie utknęli na ziemi z powodu kawału Lokiego, nie mogąc teraz wrócić tam, skąd przybyli – na Westil? Jeśli ukrywają się gdzieś na Ziemi, z daleka od ludzi?

Danny North to potomek nordyckich bogów. Razem ze swoją liczną rodziną mieszka w osadzie w zachodniej Wirginii. Choć jego rodzice są potężnymi magami, on sam nie ma w sobie nic wyjątkowego. Jest więc drekką, którym wszyscy pogardzają – zarówno kuzyni, jak i wujowie oraz ciotki, a nawet matka i ojciec. Podczas gdy inne dzieci wolą się wygłupiać i leniuchować, Danny bardzo dobrze się uczy, ma szczególny talent do języków obcych, przez co rówieśnicy jeszcze bardziej go nienawidzą. Chłopak nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest pierwszym od tysiąca lat magiem wrót, a to może ściągnąć na niego śmierć.

Akcja książki toczy się na terenie USA. Autor ukazuje nam zwyczaje rodziny Northów, a także innych rodów wywodzących się od bóstw. Żyją ze sobą w zgodzie, choć jest to tylko pojęcie względne, bo mają przed sobą nawzajem mnóstwo sekretów. Niestety, z pokolenia na pokolenie ich magia jest coraz słabsza. Wystarczyłoby tylko przejść na Westil i z powrotem, aby ich moc znacznie się zwiększyła. Problem w tym, że wiele wieków wcześniej Loki pozamykał wszystkie wrota, przez co utknęli na Ziemi. Jedyny ratunek stanowi więc dla nich mag wrót, który mógłby otworzyć Wielkie Wrota prowadzące do ich ojczyzny. Żeby było ciekawiej, rodziny kontrolują się wzajemnie, sprawdzając, czy w którejś z nich narodził się ktoś z takową umiejętnością. Jeśli tak – zabijają go. Dlatego też Danny ucieka, gdy tylko dowiaduje się, kim jest.

Chłopak trafia do miasteczka, w pobliżu którego mieszka jego rodzina. Tam spotyka starszego od siebie Erica. Wkrótce docierają do Waszyngtonu, gdzie przeżywają najróżniejsze przygody. Z czasem Danny poznaje kolejnych ludzi. Przez cały ten czas usiłuje nauczyć się robienia wrót, zrozumieć, jak działają. Ostatecznie trafia do Silvermanów – małżeństwa z Yellow Springs – którzy mają nauczyć go wszystkiego, co wiedzą.

Autor bardzo dobrze przedstawia realia Stanów Zjednoczonych, opisuje najróżniejsze miejsca od Waszyngtonu aż po Florydę. Card, oprócz losów Danny’ego, ukazuje nam także świat, w którym żyje Złodziej Wrót. W królestwie Iswegii aż roi się od intryg i knowań. Te rozdziały stanowią ciekawy zabieg, który sprawia, że książka jest lepsza. Niestety, nie oznacza to, że warto ją przeczytać.

Autor powieści pokazuje nam szary świat pełen zła i nienawiści. Nie jestem wprawdzie fanką przesłodzonych bajeczek, ale akurat ta książka nie przypadła mi do gustu. Niektóre sceny były wręcz niesmaczne i miałam ochotę rzucić książkę w kąt. Ogólnie rzecz biorąc, Card w pewnych momentach zbyt wiele mieszał, wszystko kręciło się wokół robienia wrót i beznadziejnych sprzeczek pozbawionych  sensownego powodu. Nie działo się właściwie nic ciekawego. Nudziłam się jak nigdy. Zamiast wciągnąć się w lekturę, zastanawiałam się, czy wieczorem będzie w telewizji jakiś dobry film albo po prostu marzyłam, by już wreszcie skończyć tę powieść.

Bohaterowie mają co prawda dobrze zarysowane charaktery, nie są idealni i możemy się u nich dopatrzeć wielu wad. Jednak polubiłam właściwie tylko i wyłącznie Mariona i Leslie Silvermanów. Eric był skończonym egoistą, Veevee irytująco nachalna, a Ced i Lana – bez komentarza. Danny’ego również nie mogłam do końca polubić. Może i miał talent do języków i był całkiem bystry, ale zachowywał się koszmarnie. Można to tłumaczyć jego wiekiem, w końcu to tylko trzynastolatek. Mimo wszystko, nie potrafiłam tego znieść. Irytował mnie i wznosiłam oczy do nieba, zastanawiając się, skąd on się urwał.

Jedynym plusem była niewielka ilość błędów. Zdarzyły się literówki czy brak przecinków tam, gdzie trzeba. Na szczęście nic poważniejszego nie znalazłam, z czego się bardzo cieszę.

Na czarnej jak nocne niebo okładce widzimy otwartą księgę. Można powiedzieć, że z jej kart bije światło. Czytelnik od razu zastanawia się, co w niej napisano. Starożytne mity, legendy, a może magiczne zaklęcia? Jest ona właściwie jedyną rzeczą, która przykuwa wzrok obserwatora. Nad nią widzimy wypisane dużymi literami nazwisko autora, a niżej tytuł książki.

Sposób, w jaki opowiadają historie niektórzy pisarze, można nazwać magicznym. Orson Scott Card się do nich nie zalicza. Ma dobry styl, ale nie zdołał mnie urzec, wciągnąć. Sama fabuła, mimo ciekawych przerywników i nielicznych momentów, w których coś się jednak działo, była przerażająco nudna. I choć sam tytuł oraz opis z tyłu zachęcały do sięgnięcia po tę lekturę, zawiodłam się. Ta książka zdecydowanie nie jest dla mnie.

Autor: Orson Scott Card
Tytuł: Zaginione wrota
Tytuł oryginału: The Lost Gate
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: maj 2012
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
ISBN: 978-83-7839-151-7
Liczba stron: 448

6 komentarzy:

  1. Książkę już jakiś czas temu czytałam i przypadła mi do gustu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie, niestety, zanudziła... :P A miałam wielką nadzieję, że mi się spodoba. Ale jednak wyszło inaczej :)

      Usuń
  2. Mam ją już za sobą i mi bardzo się podobała :) Dzięki niej planuję bliżej poznać twórczość tego pisarza. Jednak, wiadomo, każdy ma inny gust :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, zupełnie nie dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzę że kontrowersyjna książka. Albo się bardzo podoba albo zupełnie nie. Mnie jakoś do niej nie ciągnie i to wcale nie przez recenzję.

    OdpowiedzUsuń