Bogowie nordyccy są
w ostatnim czasie bardzo popularni. Spotykamy ich w filmach, komiksach, a także
książkach. Chyba wszyscy znamy Thora i Avengersów czy też Kłamcę autorstwa
Jakuba Ćwieka. Czy jednak warto tyle razy przerabiać ten sam wątek?
Tym razem po podobną
tematykę sięgnął Orson Scott Card. Autor kultowej Gry Endera ma na swoim koncie
kilkadziesiąt powieści, mnóstwo opowiadań, audycji, słuchowisk i tym podobnych.
Zaginione wrota rozpoczynają jego najnowszą serię dla młodzieży. Czy porwie ona
czytelników i odniesie wielki sukces? Raczej wątpię.
Czy zastanawialiście
się kiedyś, co stało się z bogami, których czcili Celtowie, Hindusi, Persowie,
Słowianie i inne ludy świata? A jeśli oni wszyscy nadal żyją? Jeśli ich
potomkowie utknęli na ziemi z powodu kawału Lokiego, nie mogąc teraz wrócić
tam, skąd przybyli – na Westil? Jeśli ukrywają się gdzieś na Ziemi, z daleka od
ludzi?
Danny North to
potomek nordyckich bogów. Razem ze swoją liczną rodziną mieszka w osadzie w
zachodniej Wirginii. Choć jego rodzice są potężnymi magami, on sam nie ma w
sobie nic wyjątkowego. Jest więc drekką, którym wszyscy pogardzają – zarówno
kuzyni, jak i wujowie oraz ciotki, a nawet matka i ojciec. Podczas gdy inne dzieci
wolą się wygłupiać i leniuchować, Danny bardzo dobrze się uczy, ma szczególny
talent do języków obcych, przez co rówieśnicy jeszcze bardziej go nienawidzą.
Chłopak nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest pierwszym od tysiąca lat
magiem wrót, a to może ściągnąć na niego śmierć.
Akcja książki toczy
się na terenie USA. Autor ukazuje nam zwyczaje rodziny Northów, a także innych
rodów wywodzących się od bóstw. Żyją ze sobą w zgodzie, choć jest to tylko
pojęcie względne, bo mają przed sobą nawzajem mnóstwo sekretów. Niestety, z
pokolenia na pokolenie ich magia jest coraz słabsza. Wystarczyłoby tylko
przejść na Westil i z powrotem, aby ich moc znacznie się zwiększyła. Problem w
tym, że wiele wieków wcześniej Loki pozamykał wszystkie wrota, przez co utknęli
na Ziemi. Jedyny ratunek stanowi więc dla nich mag wrót, który mógłby otworzyć
Wielkie Wrota prowadzące do ich ojczyzny. Żeby było ciekawiej, rodziny
kontrolują się wzajemnie, sprawdzając, czy w którejś z nich narodził się ktoś z
takową umiejętnością. Jeśli tak – zabijają go. Dlatego też Danny ucieka, gdy
tylko dowiaduje się, kim jest.
Chłopak trafia do
miasteczka, w pobliżu którego mieszka jego rodzina. Tam spotyka starszego od
siebie Erica. Wkrótce docierają do Waszyngtonu, gdzie przeżywają najróżniejsze
przygody. Z czasem Danny poznaje kolejnych ludzi. Przez cały ten czas usiłuje
nauczyć się robienia wrót, zrozumieć, jak działają. Ostatecznie trafia do
Silvermanów – małżeństwa z Yellow Springs – którzy mają nauczyć go wszystkiego,
co wiedzą.
Autor bardzo dobrze
przedstawia realia Stanów Zjednoczonych, opisuje najróżniejsze miejsca od
Waszyngtonu aż po Florydę. Card, oprócz losów Danny’ego, ukazuje nam także
świat, w którym żyje Złodziej Wrót. W królestwie Iswegii aż roi się od intryg i
knowań. Te rozdziały stanowią ciekawy zabieg, który sprawia, że książka jest
lepsza. Niestety, nie oznacza to, że warto ją przeczytać.
Autor powieści
pokazuje nam szary świat pełen zła i nienawiści. Nie jestem wprawdzie fanką
przesłodzonych bajeczek, ale akurat ta książka nie przypadła mi do gustu.
Niektóre sceny były wręcz niesmaczne i miałam ochotę rzucić książkę w kąt.
Ogólnie rzecz biorąc, Card w pewnych momentach zbyt wiele mieszał, wszystko
kręciło się wokół robienia wrót i beznadziejnych sprzeczek pozbawionych sensownego powodu. Nie działo się właściwie
nic ciekawego. Nudziłam się jak nigdy. Zamiast wciągnąć się w lekturę, zastanawiałam
się, czy wieczorem będzie w telewizji jakiś dobry film albo po prostu marzyłam,
by już wreszcie skończyć tę powieść.
Bohaterowie mają co
prawda dobrze zarysowane charaktery, nie są idealni i możemy się u nich
dopatrzeć wielu wad. Jednak polubiłam właściwie tylko i wyłącznie Mariona i
Leslie Silvermanów. Eric był skończonym egoistą, Veevee irytująco nachalna, a
Ced i Lana – bez komentarza. Danny’ego również nie mogłam do końca polubić.
Może i miał talent do języków i był całkiem bystry, ale zachowywał się
koszmarnie. Można to tłumaczyć jego wiekiem, w końcu to tylko trzynastolatek.
Mimo wszystko, nie potrafiłam tego znieść. Irytował mnie i wznosiłam oczy do
nieba, zastanawiając się, skąd on się urwał.
Jedynym plusem była
niewielka ilość błędów. Zdarzyły się literówki czy brak przecinków tam, gdzie
trzeba. Na szczęście nic poważniejszego nie znalazłam, z czego się bardzo
cieszę.
Na czarnej jak nocne
niebo okładce widzimy otwartą księgę. Można powiedzieć, że z jej kart bije
światło. Czytelnik od razu zastanawia się, co w niej napisano. Starożytne mity,
legendy, a może magiczne zaklęcia? Jest ona właściwie jedyną rzeczą, która
przykuwa wzrok obserwatora. Nad nią widzimy wypisane dużymi literami nazwisko
autora, a niżej tytuł książki.
Sposób, w jaki
opowiadają historie niektórzy pisarze, można nazwać magicznym. Orson Scott Card
się do nich nie zalicza. Ma dobry styl, ale nie zdołał mnie urzec, wciągnąć.
Sama fabuła, mimo ciekawych przerywników i nielicznych momentów, w których coś
się jednak działo, była przerażająco nudna. I choć sam tytuł oraz opis z tyłu
zachęcały do sięgnięcia po tę lekturę, zawiodłam się. Ta książka zdecydowanie
nie jest dla mnie.
Autor: Orson Scott Card
Tytuł: Zaginione wrota
Tytuł oryginału: The Lost Gate
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: maj 2012
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
ISBN: 978-83-7839-151-7
Liczba stron: 448

Książkę już jakiś czas temu czytałam i przypadła mi do gustu ;)
OdpowiedzUsuńMnie, niestety, zanudziła... :P A miałam wielką nadzieję, że mi się spodoba. Ale jednak wyszło inaczej :)
UsuńMam ją już za sobą i mi bardzo się podobała :) Dzięki niej planuję bliżej poznać twórczość tego pisarza. Jednak, wiadomo, każdy ma inny gust :)
OdpowiedzUsuńNie, zupełnie nie dla mnie ;)
OdpowiedzUsuńWidzę że kontrowersyjna książka. Albo się bardzo podoba albo zupełnie nie. Mnie jakoś do niej nie ciągnie i to wcale nie przez recenzję.
OdpowiedzUsuńTo nie moje klimaty.
OdpowiedzUsuń